Zacznę może od tego, iż odbieranie twórczości muzyków jest subiektywne. Nie zamierzam narzucać nikomu własnego punktu widzenia; pragnę po prostu zrozumienia.
Temat stary jak świat, a jego esencję można zawrzeć w jednym, jakże często powtarzanym zdaniu:
Ten zespół się sprzedał.
Zazwyczaj powodem tak radykalnego stanowiska jest kierunek obrany przez muzyków danej grupy, zgoła inny od ich poprzednich (a przy okazji, jak to zazwyczaj bywa, uważanych za najlepszych) dokonań. W moich rozmyślaniach posłużę się przykładami moich ulubionych zespołów. Oba są lub były bowiem narażone na tego typu krytykę.
A) METALLICA
Za okres świetności Metalliki powszechnie uważa się drugą i trzecią płytę – Ride the Lightning i Master of Puppets. Wtedy to z “młodziaków” narodzili się prawdziwi kompozytorzy. Ich muzyka nabrała polotu, była bardziej przemyślana, melodyjna. Powstały albumy jakże ważne dla thrash metalu, dla fanów wręcz bezcenne i ponadczasowe.
Robimy skok o 10 lat (czego robić nie powinniśmy, ale do tego jeszcze wrócę). Ukazuje się album Load. Szok. Muzycy ścięli włosy, umalowali się i ubrali modne ciuchy. Nowy image nie miał nic wspólnego ze stylistyką metalową. Tak samo muzyka – rock, blues, country? O zgrozo!
Niektórzy do dziś nie są w stanie wybaczyć kierunku, który obrał zespół kilkanaście lat temu.
B) BAD RELIGION
Końcówka lat 80. i początek 90. to okres świetności BR. Against the Grain uważany jest ponoć za dzieło w pewien sposób definiujące punk rock według Grega Graffina i Bretta Gurewitza. Wcześniej Suffer i No Control – szybki, zwarty punk rock.
Znowu skok. Tym razem witamy w niedalekiej przeszłości, a mianowicie roku 2007. New Maps of Hell, bo taką nazwę otrzymał 14. (sic) album, może zaskoczyć zagorzałych fanów. Nagle odnajdujemy utwory wolniejsze, bardziej pop-rockowe. Oczywiście dalej jest tu sporo punk rocka, ale “to już nie to samo, co kiedyś”. Mniej agresywnie, bardziej melodyjnie.
Czyżby BR się “sprzedali”?
—
Jak już mówiłem, odbiór muzyki jest subiektywny. Zależy więc czego tak naprawdę słuchacz oczekuje od artysty. Takie zespoły jak Motorhead czy AC/DC robią od parudziesięciu lat to samo, a fani ich uwielbiają. Dla mnie jednak byłoby to dość nudne. Gdyby każda kolejna płyta nie zaskakiwała mnie niczym, prezentowała tylko to samo w nowym opakowaniu, raczej nie byłbym zadowolony.
Wynika to z prostego faktu – dla mnie najważniejszym czynnikiem jest ewolucja. Ewolucja dźwięku, którą można zaobserwować u wielu zespołów. Na ewolucję wpływa zbyt wiele czynników by dało się je rozsądnie omówić. Wiem z własnego (marnego, póki co) doświadczenia. Na to, jakiej muzyki słucham, często wpływa mój nastrój. A to, jakiej muzyki słucham ma swoje odbicie w moich nagraniach. Posłuchałem swoich ostatnich prób rejestracji utworów i przypomniałem sobie co grałem jeszcze rok temu – różnice w stylu widać gołym okiem.
James Hetfield przed nagraniem Load przyznawał się do słuchania bluesa i country w dużych ilościach.
Naprawdę, tak błaha z pozoru sprawa odciska zdecydowane piętno na tworzeniu. Do tego dodajmy:
1. Wolność – mogą grać co chcą i co lubią.
2. Zmęczenie – ile można grać to samo?
3. Wiek – nie można wymagać od trzydziestopięciolatka by nagrał płytę ziejącą młodzieńczym ogniem.
Ale moim celem nie jest usprawiedliwianie Hetfielda czy kogokolwiek. Chodzi o naszą percepcję. Nie wymagajmy od tych ludzi, by grali na siłę i tworzyli rzeczy, których granie już ich nie bawi. Wtedy ich muzyka stanie się sztuczna, wymuszona, pusta. Otwórzmy oczy (czy też uszy) i doceńmy nieuniknioną ewolucję. Wspominałem wcześniej o błędnym skoku. Tak jak słów, tak i albumów nie powinno się wyrywać z kontekstu.
Zanim ukazał się Load, pojawił się Czarny Album – do dziś najlepiej sprzedający się album Metalliki. Garść singli z Enter Sandman i Nothing Else Matters na czele, niesamowicie klarowne (a jednocześnie ciężkie) brzmienie. Całej płycie bliżej do hardrocka niż heavy metalu (nie wspominając już w ogóle o thrashu). Czy naprawdę kogoś dziwi, że po nagraniu takiego albumu w takiej stylistyce i parunastu latach koncertowania zespół mógł zdobyć się na krok dalej?
Podobnie z Bad Religion. Już począwszy od Generatora w 1992 roku zespół zaczynał eksperymentować. Późniejsze odejście Bretta zaowocowało takimi płytami jak Gray Race, No Substance i New America – zdecydowanie bardziej poprockowe, łagodniejsze, “niegroźne” granie. Tak więc gdy BR wrócili do grania punk rocka, nie mogło się obejść bez naleciałości z albumów wcześniejszych. Bo przecież to ten sam zespół, kolejne płyty powstają niejako z poprzednich.
Abstrahując od całego zagadnienia kontekstu – doszliśmy do sedna:
“Styl zespołu” to pojęcie płynne. Styl podlega ewolucji, której owoce my – słuchacze – dostajemy w postaci kolejnych albumów. Te zespoły nie będą grać wiecznie, wszyscy w końcu kiedyś umrą. Póki mają czas by robić to, co lubią na tej planecie – pozwólmy im na to. Pozostawią po sobie różnorodne katalogi, których ewolucja jest sama w sobie fascynującym materiałem do studiowania. A przy okazji będą grali szczerze.
Zdaję sobię sprawę, że nie jest łatwo przemóc się do nowej odsłony ukochanego zespołu. Z autopsji wiem jednak, że wystarczy zaakceptować wybór artysty i chociaż spróbować odnaleźć jego dobre strony nie zamykając się w szufladkach, etykietkach, granicach. Zamiast psioczyć na pianino w Fields of Mars wsłuchajmy się w piękno dźwięków granych przez Graffina na tym instrumencie. Oczywiście piękno też jest subiektywne i próba jego ustalenia byłaby poważnym błędem. Sformułuję więc myśl inaczej – doceńmy tych ludzi jako artystów, którzy potrafią tworzyć różnorodną muzykę; zrozummy ich wybory. Nie bądźmy takimi hipokrytami! Każdy z nas może nagle zacząć słuchać zupełnie innej muzyki, ale nasi ukochani artyści tego prawa już nie mają? A jak już mówiłem, słuchanie określonej muzyki chcąc nie chcąc ma pewien wpływ na tworzoną muzykę. Lub może raczej – ma wpływ w postaci zacierania się granic, otwarcia się na nowe dźwięki, dostrzeżenia piękna w innej postaci niż to nam znane.
Grupy muzyczne takie jak Bad Religion i Metallica grają to, co lubią i to, co chcą z prostego powodu – bo mogą. Doszli do takich momentów w karierze, gdzie nie muszą już “podczepiać” się pod gotowe prądy muzyczne. Po prostu grają swoje. I pragnę, by zostało to docenione. Nie każę nikomu uwielbiać omawianych albumów. Po prostu ich nie odrzucajcie tylko dlatego, że nie pasują do określonych konwencji.
Według mnie w muzyce nie chodzi o to, żeby pozostać prawdziwym metalem czy prawdziwym punkiem, a prawdziwym człowiekiem. To właśnie robią tacy artyści jak Hetfield, Graffin czy Nergal i za to właśnie ich szanuję.